Polityka gospodarcza Polski – cz.4 – Współpraca pracy i kapitału

Kapitalizm XIX wieczny stworzył podział na “my” i “oni”, czyli na klasy “kapitalistów-wyzyskiwaczy” i “robotników-ociągaczy” – tak siebie te grupy zaczęły postrzegać. Stara metoda “dziel i rządź” dała o sobie znać. Efektem były spory, protesty, demonstracje, walki związków zawodowych z przedsiębiorcami, często z udziałem policji, wyrzucanie pracowników, wywożenie prezesów na taczkach itd. itp. To było powodem powstawania organizacji związkowych, potem komunistycznych i socjalistycznych. To wytworzyło tzw. konfliktowy model stosunków gospodarczych, znany nam dobrze także z dzisiejszych realiów.

Ten model jest kontra-produktywny, bo wiele energii spalają ludzie nie na budowanie biznesu, lecz na wzajemne zwalczanie się, blokowanie, przepychanki, przeciąganie liny. A przecież, gdyby obie strony współpracowały – nawet się spierając merytorycznie – w dziele rozwoju przedsiębiorstwa, dążąc zawsze do zgody i wypracowania optymalnego rozwiązania – z korzyścią dla wszystkich – mielibyśmy dużo wyższy poziom efektywności, szybsze tempo rozwoju, a przede wszystkim dużo większą motywację wszystkich pracowników do ofiarowania swojej kreatywności, pomysłów, wysiłku. To dawałoby impulsy do fantastycznego rozwoju firm.

Jak zatem sprawić, aby “obie strony” współpracowały, a nie walczyły? To da się zrobić! Trzeba tak skonstruować przedsiębiorstwo, by wszyscy mieli podstawową motywację wynikającą z tego, że… to także ich przedsiębiorstwo. Ich, to znaczy wszystkich ludzi inwestujących weń swoje pieniądze, czas, pracę, pomysły, innowacje. To prowadzi nas do postulatu zrównania praw pracy i kapitału – bowiem dziś tylko kapitał ma prawo do czerpania z owoców pracy. Każdy wkład, także pracy – oczywiście po jej wykonaniu, czyli przykładowo na koniec roku obrachunkowego – powinien uprawniać człowieka do udziału w zyskach i własności przedsiębiorstwa. Pracownicy stawaliby się z czasem współwłaścicielami przedsiębiorstwa, którym zależy na jego kondycji, konkurencyjności, rozwoju i efektywności. Przykładem sprzed wielu lat jest historyczna dziś “Gazolina”, założona jako spółka akcyjna w 1920 roku w Zagłębiu Borysławskim  (za Lwowem, wydobywano tam gaz i ropę) przez zapomnianego dziś bohatera narodowego inżyniera Mariana Wieleżyńskiego, który wprowadził w niej akcjonariat pracowniczy. Pracownicy-akcjonariusze czuli się tak odpowiedzialni za “Gazolinę”, że nie dali firmy wykupić amerykańsko-austriackiemu konsorcjum, które oferowało 40-krotnośc ceny akcji (w roku 1929). “Gazolina” rozwijała się znakomicie do II wojny światowej. Przeczytaj, drogi Czytelniku, wspaniałą książkę o tej firmie i jej założycielu: “Wspólna praca, wspólny plon”, autor: Leszek Wieleżyński.

Dziś istnieje więcej rozwiązań tej kwestii – spółdzielnie, kooperatywy, spółki pracownicze, spółki właścicielsko-pracownicze, akcjonariat pracowniczy itd. (więcej: czytaj “Wyzwolenie pracy”, A.Kisil, Wyd. Capital, W-wa, 2018) – rozwiązań, które znoszą konfliktowy model, a wprowadzają partnerski model stosunków gospodarczych, w którym wszyscy stają się współwłaścicielami i dbają o swoje przedsiębiorstwo.

Tak właśnie rodzi się tytułowa współpraca pracy i kapitału. To ma dalekosiężne konsekwencje:

  1. Znika podział na zwalczające się “klasy”, grupy, a co za tym idzie, dużo energii zostaje przekierowanej na działanie konstruktywne, na rozwój.
  2. Pracownicy uczą się być współwłaścicielami, uczą się odpowiedzialności, współpracy, myślenia kategoriami przedsiębiorczości.
  3. Wszyscy mają wyższą motywację do zaangażowania, bo to ich wspólna firma, na której stabilności i rozwoju im zależy.
  4. Wszyscy, którzy wkładają swój wysiłek – pracę, maszyny, pieniądze, pomysły, hale itp. – zatem wszyscy zaangażowani, dający WKŁAD, partycypują w podziale zysków i własności. Praca rozumiana jako wkład swojego czasu, energii i pomysłowości przestaje być dyskryminowana.
  5. W wyniku bardziej równomiernego (nie równego!) podziału zysków i własności rodzi się powoli swoista demokracja ekonomiczna, demokracja finansowa, która jest warunkiem koniecznym demokracji politycznej – dziś widać bardzo wyraźnie, jak duża koncentracja kapitału zaburza demokrację.
  6. Znika feudalny, albo, inaczej, militarny stosunek “szefów” do “podwładnych”, bo wszyscy są partnerami i współwłaścicielami, z pozytywną motywacją; znika więc “klasa” śmieciowych (w sensie sposobu zatrudnienia) pracowników.
  7. Znikają konflikty, kryzysy, strajki, bo gospodarka staje się dużo bardziej stabilna i partnerska.
  8. Niepotrzebna staje się instytucja “etatu”, bo każdy pracownik-współwłaściciel wykonuje swoje obowiązki w ramach kontraktu jako partner innych pracowników-współwłaścicieli. A to oznacza zniesienie najemnictwa, czyli uzależnienia “podwładnego” od “przełożonego”.
  9. Dojdzie do odrodzenia pracy jako elementu ludzkiego życia, odzyskania przez nią godności i wagi, ponieważ praca jest tym zasadniczym wehikułem sprawczym. Jak pisał Krzysztof Dzierżawski (1948-2004): Jedynym źródłem bogactwa jest praca, bowiem tylko ona posiada zdolność tworzenia nowych wartości. Jeśli praca wspomagana jest kapitałem, jej efektywność wzrasta, ale nawet bez udziału kapitału praca zachowuje swoje zdolności twórcze. Kapitał zaś bez pracy jest martwy i bezużyteczny.” Dziś praca nie jest szanowana, ponieważ spekulacją można dorobić się szybciej i więcej. Ale spekulowanie nic nie produkuje!

Oczywiście, to, co proponuję powyżej, nie rozwiązuje wszystkich problemów, bo trzeba to uzupełnić dopasowanymi rozwiązaniami z dziedziny finansów, rachunkowości, podatków, wolności gospodarowania, samorządu gospodarczego, organizacji łańcuchów dostaw, infrastruktury gospodarczej czy też wspomnianych w poprzednim odcinku wielostronnych umów wspólnie kontrolowanych.

Czasem słyszę, że ludzie nie dorośli do tego, by być współwłaścicielami, że większość chce tylko wygodnie konsumować, że nie wszyscy chcą być przedsiębiorcami, że to będzie dyskryminowaniem przedsiębiorców-założycieli. Po pierwsze, z tymi wszystkimi zarzutami się nie zgadzam, bo mam lepsze zdanie o społeczeństwie niż przebija to z tych zarzutów. Po drugie, oczywiście, nie od razu, co nagle, to po diable – to musi być pewien proces, także edukacyjny. Po trzecie, z faktu bycia pracownikiem-współwłaścicielem wcale ne wynika dla każdego obowiązek bycia prezesem czy dyrektorem, bo oczywiście, nie każdy ma predyspozycje czy ochotę. A założyciele przedsiębiorstwa mogą mieć pewne gwarancje utrzymania wpływu na jego zarządzanie, oczywiście pod warunkiem, że dobrze to robią.

Wierzę, że współpraca pracy i kapitału, niejako uwspólnotowienie prowadzenia przedsiębiorstwa i zbudowanie przyjaznych, partnerskich form stosunków gospodarczych, bez żadnej rewolucji, zabierania komukolwiek własności, wyda z czasem wspaniałe owoce w zakresie edukacji, efektywności, tempa rozwoju i demokracji.

Nie trzeba nikogo do niczego przymuszać, wystarczy stworzyć właściwe warunki, zachęty i preferencje. Niech będzie prawdziwy wolny rynek, na którym będą konkurować (nie rywalizować wyniszczając się) wspólnotowe przedsiębiorstwa, o których wyżej.

Do tego potrzebne nam są mądry gospodarz, silne państwo, dobre prawo, sprawne i sprawiedliwe urzędy i sądy.

Dodaj komentarz